



...... dzień zaczął się jak zwykle: pobudka, zbiórka śniadanie i..., no właśnie – pierwszy dzień treningów. Znaczy się obóz AIKIDO rozpoczęty. Pomimo destruktywnego działania poniektórych milusińskich, udało się. Ich złowieszczy plan spalił na panewce i nie związali nas nocą. Sensei Maciej wprowadził do treningu trochę cukierniczego kolorytu, który przybrał formę pączusiów. Dzieciaki mlaskały i cieszyły się, widząc ideał do jakiego mają dążyć.
Po treningu, zaczęły się spotkania z kulturą przez duże K i to nie z fizyczną, jakby sobie co niektórzy pomyśleli, ale z ta wschodnią japońską. Kolega Maciej, uczon w języku kwiatu wiśni i wschodzącego słońca objaśniał „o co kaman” u tych braci z wysp. Następnie podzieliwszy rozbestwione towarzystwo na grupy, zaczął uczyć tej kultury. Malowali coś na papierach, co niby oznacza litery i słowa, ale nie byłbym tego taki pewien. Bo to człowiek wie co w takim żółtym człowieku siedzi?
Ci co się nie uczyli – nieuki jedne – pławili się w odmętach kwitnącej wody jeziora lub trenowali ze sprzętem to co dowiedzieli się od sensei'a Maćka, na zielonym trawniku.
Wieczorem udało nam się odpalić kino objazdowe i z sentymentem wspomnieliśmy czasy pierwszych projekcji filmów z Charlie Chaplinem, Polą Negri czy Indianą Jonesem. Łza się w oku zakręciła. Niestety, jak to ze starymi taśmami bywa końcówkę trafił kamikaze i o 2230 zaczęliśmy się wycofywać do okopów na spoczynek.
Po lekkiej potyczce z wodą i mydłem, wszystkie krasnale leżały w łóżkach... niestety sznurek nam się skończył i trzeba było wiązać skarpetami.
Cisza, błoga cisza.....



















Fju fju - fajnie na takim obozie
OdpowiedzUsuń na zawszeW przyszłym roku to my RODZICE jedziemy a szkraby niech wyprowadzają swoje pieski i króliki na spacerki jak my teraz musimy.
A tak swoją drogą to te białe ubranka jakieś takie za czyste - od razu widać, że mało używane - mam nadzieję, że po powrocie nie da się ich doprać a na kolanach i łokciach trzeba będzie łaty ponaszywać - dopiero wtedy obóz będzie zaliczony!