D-day -1

... To już w sobotę ruszymy w kierunku nieznanego. Teraz sprawdzenie listy:
1) dzieci - są (na listach)
2) mata - wyjechała (ale czy dotrze)
3) transport dograny - mają być dwie drezyny drabiniaste wraz z furmankami
4) instruktorzy - część już choruje
5)....

sobota, 10 lipca 2010

Dzień 12, 13, 14

... zaćma wielka, nic nie pamiętam. Prawdopodobnie skutek uderzenia bomem. Jedyny obraz jaki widzę to podchodzenie do kei .... liny i .....
Ostatni dzień. Wewnętrzny trzepot motyla i jakaś dziwna, wszechogarniająca radość. Potworki, biegają tu i ówdzie, gotowe do ataku. Trzeba być czujnym. Nie mąci to jednak wyczekiwania na autokar.
Zapakowaliśmy wszystkie. Nikt się nie zerwał, nie połamał nie wysadził w powietrze. Odjazd i....
odbiór na Torze Kolarskim.
Tak to już jest koniec nie ma już nic. Jesteśmy wolni możemy pić...
Zatem do następnego razu.

czwartek, 8 lipca 2010

Dzień 10, 11 – Rzut na linę














... mijają kolejne dni. Nastał czas odliczania. Mimo ostrych treningów, pogłowie się nie zmniejsza. Wezwaliśmy fachowca od szkodników. Przyjechał aż ze stolycy i przygotował cały arsenał pułapek. Samochód uginał się od lin, karabinków i innego sprzętu. Wieczorem pierwsza grupa zmierzyła się ze swoim przeznaczeniem. Wielu odpadło, a tylko nieliczni osiągnęli szczyt....

Drugiego dnia, nastąpiło załamanie pogody. Po tylu dniach żaru z nieba, bardzo pożądana odmiana. Po porannym treningu przyszedł czas na młodszych. Migiem opanowali sztukę rozkładania noclegu oraz pakowania plecaków. Nie udało się ich także spacyfikować na linach, rozwieszonych w zabudowaniu. Pan Grzegorz dwoił się i troił, aby te skrzaty usadzić. Na nic to się nie zdało. Dalej psociły i chciały jeszcze. Obmyśliliśmy zatem plan wieczorny. Większe wysokości i więcej lin. Niestety, znów się nie udało. Nawet Ruda, która ma lęk wysokości – jak mówiła – wjechała na 7 metrów a potem niczym pająk, weszła na pionową ścianę (8 m). Coś chyba robimy nie tak. Wszelkie sposoby zawodzą. Czas chyba oddać je rodzicom. Jeszcze tylko 3 dni....


wtorek, 6 lipca 2010

Dzień 8,9 – Ja Ciebie chrzczę i przesiedlanie






Ósmy dzień był dniem poskromienia pierwszoroczniaków. Dniem, w którym zmieniają się z pędraka w Motyla, rekruta w żołnierza, kuchcika w kucharza i takie tam. Przygotowania zaczęły się kilka dni wcześniej. Specjalne Commando miało za zadanie opracować plan tortur. Niestety, czas rozpoczęcia ceremonii przesunął się znacznie, gdyż na jeziorze zaginęła załoga jachtu KOREK2. Za skippera robił sensei Rekin a za załogę sensei Maciek plus 7 wycieczkowiczów. Godzinna wycieczka zmieniła się w czterogodzinną walkę z naturą. Pogoda wysiadła i.... Ciekawym zjawiskiem jest to, że wszyscy pływali na żaglach – my też ;) nawet jak nie było wiatru (flauta). Początkowo była konsternacja – dlaczego oni płyną a ta krypa nie. Wszystko się wyjaśniło jak nas minęła jedna z łódek – oni wszyscy mieli silniki!!!! ŻEGLARZE. My niestety, wróciliśmy w hańbie na pagajach:(

Po tej smutnej historii nastała jednak radosna część dnia. Chrzest. Na sześciu stacjach, nasi milusińscy zapoznawali się cieleśnie, z torturami jakie im zgotowano. Na końcu tej drogi czekał WÓDZ, który sprawną ręką odcinał uszy pasując ich na pełnoprawnych i pełnowymiarowych obozowiczów. Ceremonia zakończyła się rytualną kąpielą.

Wieczorem zaś balanga, disco night i wygibasy do późnych godzin nocnych. Część kontemplowała taniec w spokoju – tzn spała przy stolikach.

Następnego dnia z rana, odbył się bieg patrolowy. Starsi powadzili młodszych na zatracenie. Nikczemne zadania jakie im postawiła kadra, zburzyła spokój ducha najbardziej twardym sztukom. Po objedzie nastąpił czas wyjazdu, czas chaosu i strachu – może nie wyjadą? Wielokrotne odczytanie listy i liczenie. I znów czytanie i liczenie. Zapakowaliśmy wszystkich do autobusu i szybko zamknęliśmy, a nóż uciekną. W końcu autobus ruszył. Wzruszenie odebrało głos pani Gosi.

Kolejne godziny to przeprowadzka tych niedobitków, którzy pozostali.

Wieczorem odpłynęliśmy na PANDORĘ.


sobota, 3 lipca 2010

Dzień 7 - Sława




















...do obiadu, jatka. Trening, 550 egzaminów i wodowanie jednostek na wodzie. Załadowaliśmy na pływające rowery, co bardziej aktywnych i ziuuuuuuuuuuuu na jezioro. Płynęliśmy, płynęliśmy, aż wreszcie się zmęczyliśmy i wróciliśmy do portu na obiad. Po drodze stoczona została bitwa morska, ale bez ofiar. Stan zgadzał się przy zdaniu sprzętu.
Po obiedzie w sposób jakże przebiegły, udało nam się wyrwać potworki na spacer. Podskakując i wzniecając tumany kurzu, szli na zatracenie. Nawet cyganki się ich bały, a przecież wiadomo, że cyganka prawdę powie. Te na ich widok, czmychały niczym strzygi. Ok 1700 dotarliśmy do słowiańskiego grodu i..... to były najpiękniejsze chwile. Poszły sobie w ręce gospodarzy. W końcu mieliśmy czas na delektowanie się tak pięknymi okolicznościami przyrody i w ogóle. Trwało to prawie 40 minut!!!! Niestety po tym czasie wszystko wróciło do normy: prose Pani, a kiedy.... sensei a można ... #@%&$@*rój pszczół. Po prostu radość.
Bawiąc się i ucztując doczekaliśmy godziny wymarszu i równym krokiem wróciliśmy do ośrodka. Stan osobowy bez zmian.....